Tragiczny los spotkał sarnę, która wczoraj próbowała przejść przez tory kolejowe na Tracku. Albo potrącił ją pociąg, albo opadły wałęsające się bez opieki psy, których kilka spostrzegliśmy, jak pożerały padłe zwierzę. Co gorsza, wywiezienie padliny okazało się niezwykle trudną sprawą.
Nasz dyżurny zadzwoni
i sprawę przekaże
— Gdyby psy tu były, zawiadomilibyśmy schronisko dla zwierząt w Olsztynie, aby je wyłapano — poinformował nas dowódca dwuosobowego patrolu insp. Jarosław Kijewski, spoglądając ze współczuciem na padłą sarnę, która była już w jednej trzeciej pożarta przez psy. — My nie mamy sprzętu do wyłapywania bezpańskich psów. No i do tego trzeba fachowców.
Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w tym roku zdarzył się w Olsztynie przypadek, że bezpańskie psy zaatakowały sarnę i mocno ją poraniły. I zanim przybyła pomoc weterynaryjna, sarna uciekła.
Patrol straży miejskiej odjechał, zawiadamiając Technikę Sanitarną Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej. Zanim przybyła, do padłej sarny dobrał się myszołów, zainteresowali się nią też bezdomni. Technika zjawiła się po dwóch godzinach. W tym czasie ustalała, na czyim terenie leży nasza sarna i kto powinien zapłacić za jej podjęcie, transport i utylizację.
— Bo jeśli leży na terenie kolejowym, to kolej — orzekł pan, który odebrał nasz telefon. — A jeśli na miejskim, to miasto.
Kiedy ekipa Techniki Sanitarnej wreszcie dotarła na Track, chcieliśmy wyrazić jej współczucie, że będzie pracowała w tak ciężkich warunkach. By dojść do sarny, trzeba było brnąć w kopnym śniegu. Nie zdążyliśmy zamienić słowa. — Odjeżdżamy, to teren kolejowy! — powiedział jeden z panów. — W tej sytuacji zadzwoni na kolej nasz dyżurny i sprawę przekaże.
A jak się skończyła historia sarny? Panowie z PGM przyjechali drugi raz i choć teren był kolejowy, to zabrali martwe zwierzę.
/Władysław Katarzynski
